odkryła w zasięgu wzroku jednego z graczy i zabawa się skończyła
Nie była jednak pewna czy to ona, wkroczyła więc przez drzwi, aby poszukać żartownisiów.
Znów rozległ się śmiech, a gdy ucichł, Sheryl powiedziała:
- Curtis – tonem żartobliwego oburzenia, które przeszło znów w pusty śmiech.
A więc wspaniały kochaś tam był. Już chciała wracać na ulicę, by wsiąść do samochodu. A te przeklęte głupki niech prowadzą swoje gierki. Myśl o samotnym wieczorze w pokoju hotelowym i słuchaniu, jak inni się bawią popchnęła ją jednak do kolejnego podejścia do pogorzeliska.
Gdyby nie jasność klepek podłogowych, odbijających światło ulicy w stronę obelkowania sufitu, nie odważyłaby się zapuścić tak daleko. Ale przed sobą widziała w półmroku sklepione przejścia, przez które dobiegał śmiech Sheryl. Ruszyła w tym kierunku. Wszystkie dźwięki ucichły. Obserwowali jej każdy ostrożny krok. Czuła badawcze spojrzenia.
- Chodźcież, wariaci – odezwała się. – Żart skończony. Jestem głodna.
Odpowiedź nie nadeszła. Za sobą, na ulicy, usłyszała nawoływania Samarytanina. Powrót nie był wskazany. Poszła naprzód pod sklepieniami. Jej pierwsza myśl: on skłamał tylko w połowie – to była restauracja. Dotarła do kuchni, gdzie prawdopodobnie zaprószył się ogień. Białe kafelki, chociaż osmalone, wciąż przydawały całemu wnętrzu jakiejś niesamowitej luminescencji. Stanęła w drzwiach i bacznie oglądała pomieszczenie. Największa z kuchenek stała pośrodku, a haki z naczyniami wciąż wisiały nad nią, zasłaniając widok od góry. Żartownisie musieli się ukryć z drugiej strony, tylko tam było jakieś wyj śpię.
Pomimo lęków, odezwały się w niej wspomnienia dawnych zabaw w chowanego. Jej pierwsza zabawa, bo przecież najprostsza. Jakże uwielbiała, gdy ojciec ją straszył, gonił, a potem chwytał. Gdybyż to on się tu teraz chował i czekał, żeby złapać i przytulić. Ale rak złapał go już dawno temu, za gardło.
- Sheryl? – powiedziała.,- Poddaję się. Gdzie jesteście?
Gdy to mówiła, odkryła w zasięgu wzroku jednego z graczy i zabawa się skończyła.
Sheryl nie kryła się, to śmierć pozostała w ukryciu. Przykucnęła przy kuchence; ciemność wokół niej wydawała się zbyt mokra na cień, a głowę miała odrzuconą do tyłu i wyrąbaną twarz.
- Jezu Chryste!
Za Lori rozległ się jakiś dźwięk. Ktoś nadchodził, żeby ją znaleźć. Za późno na ukrycie. Złapana. I to nie przez kochające ramiona, nie przez ojca, udającego potwora. Przez samego potwora.
Leave a Reply
No Comment
Be the first to respond!